Może się mylę, ale bodaj od czasu, gdy każdy może sobie pozwolić na aparat cyfrowy, w naszym otoczeniu pojawia się niezwykle dużo osób deklarujących się jako “miłośnicy fotografii”. Żeby sprawa była jasna – nie mam nic przeciwko rozwijaniu swoich autentycznych zainteresowań. Autentycznych, a nie powodowanych modą, chęcią zaistnienia czy… zaprezentowania najnowszego nabytku.
Spotykasz się ze znajomymi, których dawno nie widziałeś, masz ochotę pogadać, pójść w ciekawe miejsce, usłyszeć, co u nich. Zamiast tego co chwilę słyszysz: stańcie tutaj, pstryknę wam zdjęcie. Pierwszy, drugi, trzeci, dziesiąty raz… Po godzinie masz już lekko dość tego “ustawiania”, prawda?
Wiem, wiem – ćwiczenie czyni mistrza i gdzieś trzeba się nauczyć fotografii plenerowej. Ale czy kosztem spotkania? Jest takie powiedzenie, które można odnieść do wielu dziedzin życia: co za dużo, to niezdrowo. Wyczucie chwili przydaje się także wtedy, gdy bardzo chcemy nacieszyć się naszym nowym hobby albo przedmiotem uosabiającym go.